Nigdy nie zgadzałam się albo nie chciałam zgadzać się ze stwierdzeniem, że Białystok i Podlasie to Polska B, ale brutalnie mnie do tego zmuszono.
Studenci Uniwersytetu w Białymstoku, którzy wyjeżdżają na Erasmusa dostają 270 euro miesięcznie, dodatkowo jeszcze w lipcu musieliśmy zapłacić za akademik za pół roku z góry - z kaucją wyszło około 5 tys zł, więc niemało! Studenci UW dostają 350 euro, z kolei studenci z Nowego Sącza i wszyscy inni Erasmusi zagraniczni mają stypendia w wysokości 500 euro miesięcznie. Skąd taka różnica skoro program jest międzynarodowy? I dlaczego akurat Podlasie musi dostawać najmniej? Podejrzewam, że pytanie to pozostanie bez
Na uczelni załatwiłam już prawie wszystkie sprawy urzędowo - administracyjne, po wielkich trudach wybrałam w końcu przedmioty i ułożyłam sobie plan, co było nie lada wyzwaniem.
Ogólnie muszę wyrobić 30 punktów ECTS, pierwszy rzut oka na listę kursów sprawił, że podskoczyłam z radości, większość zajęć ma 9 punktów, czyli wystarczyłoby wybrać jakieś 4 przedmioty! O ja głupia naiwna!!! Niestety zajęcia wyżej punktowane są, o zgrozo!!!, 4 razy w tygodniu, inne przynajmniej 2 a te, które są raz w tygodniu, nie pasują mi zupełnie! Mózg mi parował, kiedy kombinowałam jak dopasować zajęcia, żeby nie kolidowały albo ze sobą, albo z kursem włoskiego. Jakoś się udało, ale mimo, że mam po 2-3 wykłady dziennie, to mam tyle okienek, że najwcześniej kończę o 16.30, w Białymstoku rozłożyłabym pewnie zajęcia na 1 lub 2 dni, a i to bez przesadnego przemęczania się.
Sama Werona jest naprawdę śliczna, między bajki można włożyć stwierdzenie, że jedynym ciekawym zabytkiem jest osławiony balkon Julii, po którym wspinał się Romeo. Owszem balkon jest, ale niezbyt zachwyca. To, co nadaje klimat miastu to wąskie uliczki z kafejkami, zaułki, pozostałości po starożytnych budowlach, place, niby nic szczególnego, ale jakoś inaczej niż u nas. Wieczorami chce się po prostu wyjść i połazić, albo tak po prostu usiąść na placu (na schodach bądź na chodniku) i patrzeć na ludzi. Może mam tak z nudów? Nie wiem, ale na razie mi się podoba!
A więc w końcu, z wielkim właściwie żalem i wielkimi obawami związanymi z wyjazdem, jestem w Weronie. Dojechałam o dziwo cała i zdrowa, aczkolwiek mocno powyginana, mocno obolała i w ogóle mocno zmęczona, bo po 28 godzinach w autokarze (nie wiem jaka cholera mnie podkusiła, żeby autokar wybrać!?!?).
Dotelepałam się do akademika, z braku sił i chęci do ciągania się z ogromnym plecakiem, jeszcze ogromniejszą walizką, laptopem i torbą, zdecydowałam się odżałować 10 euro na taksówkę! Akademik okazał się jedenastogwiazdkowym hotelem, jak doliczyłam się na logu, na wpół wynajmowanym studentom, na wpół normalnym gościom. Warunki naprawdę przyzwoite, mieszkamy w 4 osobowych mieszkankach, 2 dwuosobowe pokoje w każdym, dwie łazienki, wspólna kuchnio-jadalnia i duży taras, czyli raczej niczego więcej do szczęścia nie potrzeba. Fakt, przydałaby mi się kołdra, bo dali tylko poduszki, no i na razie śpię sobie pod poszewką, dopóki jest ciepło, obejdę się bez kocyka! :D Mieszkam sobie na razie sama w pokoju, przywłaszczyłam sobie fajniejsze łóżko, komódkę, zostawiając mojej przyszłej współlokatorce więcej miejsca w szafie, tak w ramach rekompensaty! :D A w pokoju obok Włoszka, chociaż mieszkająca od dziecka w Anglii, przez co jej włoski jest mniej więcej taki jak mój, ale się dogadujemy! ;)
Ogólnie rzecz biorąc na razie niewiele się dzieje, nie wiem właściwie po co przyjechałam na ten tydzień organizacyjny, miały być kursy językowe na różnych poziomach, a jest tylko dla początkujących, no ale poznaję miasto, załatwiłam wszystkie formalności - mam chyba z 5 różnych legitymacji, identyfikatorów itp., musiałam aż zrobić przemeblowanie w portfelu! :D
A miasto fantastyczne, stare z mnóstwem ruin i niepowtarzalnym klimatem. Byłoby super jakby jeszcze ludzie dopisali, bo na razie integracja marniutka, bo w ogóle nie wiem co to za zwyczaje, żeby większość studentów wyjeżdżających do Włoch znała angielski zamiast włoskiego!?!?
... zostałam matką chrzestną... cielaczka ;)
Napawa mnie to niejako dumą, ponieważ jest to mój pierwszy chrześniak, a poza tym pomagałam mu przyjść na świat ciągnąc go za nóżki!
A Karolinka już jest leniwa i uparta, czyżby po cioci? 
Częstotliwość, z jaką pojawiają się tu wpisy jest zatrważająca, nie mniej jednak nie zamierzam na razie likwidować tego bloga. Jakby nie było, jest to jakaś cząstka mnie :D i być może uda mi się kiedyś opanować trudną sztukę systematyczności (nie tylko w dodawaniu notatek).
Świąteczny sznapsik - podtrzymywanie tradycji przez nauczycielki wykształcone choć nie praktykujące! :D
Od października będę sobie lingwistykę stosować - dostałam się na studia!!! Juppi! :)
Poza nielicznymi trudniejszymi momentami, robiąc bilans pod koniec drugiego miesiąca wakacji muszę stwierdzić wulgarnie, że są zajebiste. Fakt nie wyjeżdżałam zbyt dużo i brakuje mi pluskania w jeziorku, aż skóra na palcach się zmarszczy :D, ale dzięki ludziom zwlaszcza tym najbliższym jest świetnie. Po prostu w dobrym gronie, nawet najmniejsze rzeczy cieszą! ;)
W sprawie tytułu, żeby nie było niejasności: inne osoby np. na S, M, czy K klasyfikują się w przedziale A jak Amici! ;)
Niedawno stuknęły mi 23 latka, ale nie czuję się z tego powodu ani bardziej mądrzejsza, ani tym bardziej jeszcze się nie rozsypuję. Ot, po prostu dobra okazja na przyjmowanie życzeń i prezentów, chociaż prezenty przyjmuję zawsze, o każdej porze dnia i nocy. J
Nie mniej jednak, tydzień po urodzinach dopadła mnie depresja, może nie jakaś potworna, ale męcząca. Miałam poczucie, że życie ucieka mi przez palce, że brakuje mi czegoś (kogoś pewnie też), że właściwie nic nie robię, że się nie rozwijam, a nawet, że się „uwsteczniam” i takie tam. Złe samopoczucie spotęgowała jeszcze świadomość, że od października czeka mnie cięższa niż zazwyczaj praca, a to są właściwie ostatnie beztroskie chwile. Co najdziwniejsze, mimo depresyjnych myśli, miałam naprawdę dużo energii, którą musiałam wyładować, bo inaczej pogrążyłabym się jeszcze bardziej – wiadomo, że za dużo myślenia o życiu szkodzi!
Świetnym lekarstwem na smutki okazał się być rower, już dwie kilkudziesięciokilometrowe przejażdżki w weekend wyleczyły mnie skutecznie - fizyczne zmęczenie naprawdę działa kojąco na mózg! Energii mi nie brakuje, pomysłów pewnie też nie powinno zabraknąć więc będzie dobrze.
Podjęłam też ostateczna decyzję o wyprowadzce z rodzinnego domu i powoli przygotowuję na to rodziców. W zależności od tego jak się sprawy ułożą, wyprowadzam się najpóźniej za 4 miesiące, ale czuję, że to już najwyższy czas!
Porządne „przewietrzenie” umysłu ma też inne, dobroczynne działanie: jestem właściwie bezkonkurencyjna w biurowych rozgrywkach w „Literaki” i oby tak dalej! ;)
A i chyba naprawdę mam ADHD! :D
sobota, 21 listopada 2009
Licznik odwiedzin: 4537
| « listopad » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | ||||||
| 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | 07 | 08 |
| 09 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 | 15 |
| 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 | 22 |
| 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 | 29 |
| 30 | ||||||
Mocno stąpająca po ziemi optymistka/marzycielka. Domatorka nieumiejąca długo zagrzać w jednym miejscu. Zarządzająca romanistka, uwielbiająca język francuski, a także język i kuchnię włoską oraz samych Makaroniarzy.
Marzy: o własnej działce nad jeziorem, by się móc taplać do woli, o dłuższych wycieczkach rowerowych i o podróży za jeden uśmiech. :)